Szukaj
  • męskiebranie.pl

Być gejem na Śląsku

Pochodzisz z Dąbrowy Górniczej. Swoją przygodę działacza społecznego rozpocząłeś jedenaście lat temu od Kampanii Przeciw Homofobii. Jak wyglądało wtedy życie młodego geja w górniczym mieście?

Szczerze mówiąc to nie wyglądało. Dopiero coś się zmieniło, gdy zacząłem dojeżdżać na studia do Katowic. Pielgrzymka do Katowic była konieczna, jeśli ktoś chciał poznać kogoś lub zwyczajnie zabawić się w gronie podobnych sobie osób. To tam się toczyło całe życie środowiska LGBT. Wszystko dyktował rytm autobusu. No i bardzo trudno było znaleźć cokolwiek niezwiązanego z klubami.

Jak te kluby wyglądały?

Dzisiaj nazwalibyśmy je spelunami. Kiedy się tam umawialiśmy, to zawsze powtarzaliśmy sobie, że to ostatni raz bo śmierdzi, bo niefajnie. Ale w każdym kolejnym tygodniu było to samo. Czasami brałem udział w imprezach ogólnostudenckich, ale to nie najlepiej mi wychodziło.

Dlaczego?

Pamiętam jedną konkretną imprezę. To był duży klub w Katowicach. Dziewczyny miały jakieś oczekiwania wobec mnie, ja nie wiedziałem jak na to odpowiedzieć. Faceci z kolei czuli się zagrożeni bo jak to tak obcy gość tańczy z ich dziewczynami na parkiecie. To z założenia to były imprezy dla osób hetero. W ogóle nie umiałem się w tym odnaleźć. Musiałem udawać, bo przecież nie wytłumaczysz nikomu na szybko, że to niezobowiązujący taniec, bo jesteś gejem. To było bardzo niekomfortowe, więc zostały tylko speluny. Albo wyjście, które ja wybrałem, czyli zaangażowanie się w działania organizacji pozarządowych.

I tak wstąpiłeś do Kampanii Przeciwko Homofobii.

Tak. Chciałem robić coś ważnego i chciałem poznać ludzi. Pamiętam to pierwsze spotkanie jedenaście lat temu. Zaproponowano mi wtedy, żebym dołączył do grupy koordynującej. I tak już tam jestem aktywista od jedenastu lat.

Coś ważnego robisz. A udało ci się poznać kogoś, tak jak chciałeś?

Jak najbardziej. Poznałem bardzo wielu wspaniałych przyjaciół, z którymi do dziś utrzymuję świetne stosunki. To byli i studenci, i osoby w wieku senioralnym. W pewnym momencie założyliśmy nawet swoje własne stowarzyszenie.

KPH przestała ci odpowiadać?

Nie, to nie był żaden konflikt, ale chcieliśmy robić coś na naszym lokalnym podwórku. Organizowaliśmy imprezy i wydarzenia kulturalne, nie tylko w klubach gejowskich ale też w przestrzeniach miejskich. Wyszliśmy z założenia, że po co mamy się chować, skoro możemy wykorzystać to, co miasto oferuje. Pomagaliśmy też kobietom w organizacji manif i czarnych protestów. Razem z nimi świętowaliśmy sukcesy.

To szeroki sojusz.

Wiele razy dyskutowaliśmy nad tym, na ile powinniśmy się angażować w wydarzenia innych organizacji, nie tylko feministycznych, ale też miejskich, zajmujących się kwestiami społecznymi, takimi jak pomoc ubogim, czy zajmujących się kulturą śląską. Ja zawsze wychodziłem z założenia, że powinniśmy się wspierać nawzajem, bo my tak samo korzystamy z kultury, wśród nas są kobiety, osoby z niepełnosprawnościami, czy osoby biedne. W drugą stronę podobnie:, wśród osób z niepełnosprawnościami, wśród biednych, wśród pasjonatów kultury lokalnej czy członków organizacji feministycznych są geje, lesbijki czy osoby trans. Umiałem ludzi do tego przekonać.

Poza tym, razem można dużo więcej zdziałać niż osobno, można się też wiele od siebie nauczyć. Bona fides czy Most to organizacje, których celem jest wspieranie innych organizacji w rozwoju. Bardzo dużo się od nich nauczyliśmy. Teraz z satysfakcją patrzę na kolegów i koleżanki, którzy sceptycznie podchodzili do moich pomysłów szerokiego sojuszu, bo współpraca z różnymi organizacjami okazała się sukcesem.

Jesteś też członkiem Powiatowej Rady Pożytku Publicznego.

Wychodzę też z założenia, że jeśli chcemy współpracować z miastem, to ta współpraca musi przebiegać w obie strony, musimy włożyć trochę swojej własnej pracy. Ja się zgłosiłem do rady, bo uznałem, że element prawnoczłowieczy i antydyskryminacyjny powinien zostać w uchwałach miejskich zawarty zanim jeszcze dokument trafi pod obrady. PRPP to ciało doradcze miasta. Każda uchwała, każdy akt prawa miejscowego musi przez PRPP zostać zaopiniowana, więc mam pewien wpływ. Zachęcamy też urzędników by się doszkalali jak przeciwdziałać problemom społecznym.

Udało wam się coś zdziałać?

Pomagaliśmy między innymi konsultować program przeciwdziałania alkoholizmowi i narkomanii w Katowicach i pozyskiwaliśmy pomoc od specjalistów. Zalecaliśmy skupienie się na skutecznych formach leczenia osób uzależnionych od alkoholu i narkotyków, a nie na zajęciach sportowych jako – rzadko skutecznej ale łatwej do zaproponowania – profilaktyce. Generalnie pilnujemy, żeby miasto korzystało z pomocy organizacji pozarządowych, które przecież mają ekspertów w obszarach, którymi się zajmują.

Skoro już przy tym jesteśmy -- twoja biografia wygląda jak modelowy życiorys miejskiego aktywisty. Teraz zostałeś jednym z regionalnych liderów projektu chemseks.pl. Skąd ten chemseks się wziął?

Bo działając w naszym stowarzyszeniu jestem doradcą pierwszego kontaktu. Nie wszyscy od razu chcą iść do psychologa, czują się skrępowani. Do nas mogą przyjść i pogadać. Nauczyłem się dzięki temu dużej pokory, bo ludzie przynoszą ze sobą bardzo różne historie. Rozmawiałem z ludźmi uzależnionymi, z nosicielami HIV.

I wtedy usłyszałeś o chemseksie?

To dłuższa historia. W pewnym momencie KPH zaprosiła lokalnych koordynatorów na szkolenie dotyczących zdrowia osób homoseksualnych. Dzięki temu poznałem Marię Brodzikowską z Krakowa, która wprowadzała mnie w tematy profilaktyki HIV/AIDS. Dzięki temu szkoleniu pięć lat temu zaczęliśmy robić partyworking w Katowicach i w Chorzowie. Razem z innymi wolontariuszami chodziliśmy po klubach i działaliśmy na imprezach. Jestem gadatliwy i wzbudzam zaufanie więc ludzie wchodzili ze mną w rozmowy i zadawali pytania, czasami dość zaskakujące.

Na przykład?

Któregoś razu podczas dyżuru w saunie w Chorzowie, pewien chłopak opowiedział mi, jak się leczył z rzeżączki. W pewnym momencie zaczął mnie pytać, czy lekarz go odpowiednio potraktował. Byłem zaskoczony, że miał więcej zaufania do mnie, gościa siedzącego przed nim w samym ręczniku, a nie do lekarza. To duża odpowiedzialność.

Dlaczego ludzie tak tobie ufają?

Być może dlatego, że angażuję się w historie ludzi, z którymi rozmawiam. Nie siedzę czekając, aż się mój dyżur skończy i będę mógł wrócić do domu, tylko rozmawiam, dopytuję. Ludzie to zauważają. Oczywiście są tacy, którzy biorą ulotkę i prezerwatywy i odchodzą, ale większość mimo wszystko chce porozmawiać. Czasami też sprawdzają naszą wiedzę.

W jaki sposób?

Opowiem ci jedną historię. Do jednego z seksklubów, w którym akurat miałem dyżur, przyszła para gejów. Nie ukrywali, że przyszli na chemseks. Jeden z zaciekawieniem do nas podszedł, drugi był bardzo sceptyczny, chyba myślał, że jesteśmy po to, żeby ich tam pouczać. Przepytywał nas, upewniając się, że znamy się na substancjach psychoaktywnych. Ten zaciekawiony szybko zniknął gdzieś w dark roomie, a ten sceptyczny został. Długo rozmawialiśmy o jego prywatnej historii – o tym, że był z mniejszego miasta i to mu życia nie ułatwiało, o tym jak to jest być w parze, w której jedna osoba chce chodzić na seks-imprezy a druga nie bardzo, jakie ma w związku z tym wątpliwości, czego się boi.

Czego się bał?

Oczywiście o zdrowie swojego partnera ale też tego tego, jak te seksparty wpłynął na jego relacje z chłopakiem, że w końcu zaczną niszczyć związek.

Poczucie bezpieczeństwa to również jeden z elementów poprawnego zachowania seksualnego.

Tak. Nigdy byśmy o tym nie porozmawiali, gdyby się okazało, że nie mam pojęcia o HIV/AIDS czy dragach. Morał tej historii jest taki, że zadaniem partyworkera jest udzielenie wsparcia a tego nie da się zrobić nie mają odpowiedniej wiedzy.

Do waszego stowarzyszenia też przychodzą ludzie pytający o chemseks?

Zdarzają się pojedyncze osoby uzależnione, ale jeśli ktoś przychodzi to zazwyczaj ma wyrobione zdanie na temat chemseksu, i to zazwyczaj jest stereotypowa, negatywna opinia.

Stereotypem jest to, że osoby LGBT są dużo częściej zainteresowane seksem grupowym czy po substancjach.

Nie znam badań na ten temat, ale to, na co zwracasz uwagę, to uogólnienie. Wiele zależy od tego, gdzie i kogo spytasz. Jeśli ktoś przychodzi do nas na popołudnie z planszówkami, podczas którego nie serwujemy nawet alkoholu, to raczej nie po to, żeby angażować się w chemseks. Możemy podejrzewać, że są to osoby bardziej konserwatywne w tych kwestiach. Gdy za o spytasz kogoś na ulicy Mariackiej w Katowicach, gdzie większość weekendowych nocy się zaczyna lub kończy, to odpowiedzi będą nieco inne. Jedną z rzeczy, których się nauczyłem pracując jako partyworker, to nie zakładać niczego i nie oceniać. Natomiast uważam, że osoby funkcjonujące w środowiskach LGBT mają większe szanse na zdobycie wiedzy na temat skutków zażywania substancji psychoaktywnych czy seksu bez zabezpieczeń.

Dlaczego? Bo to mniejsze środowiska i po prostu łatwiej w nich się czegoś dowiedzieć i zauważyć skutki pewnych zachowań?

Tak, ale też właśnie ze względu na stereotypy. Młodzi ludzie zanim wejdą w te środowiska często są obrzucani stereotypami, że to kryminogenne, że to nienormalne, że to grupa dewiantów.

Wciąż takie stereotypy funkcjonują?

Nadal, choć pewnie w dużych miastach rzadziej. Więc po takim bombardowaniu raczej przeczytają to i owo zanim zdecydują się czy to na narkotyki, czy na seks party.

Chemseks w Katowicach to problem?

Pół roku temu, po kolejnej konsultacji katowickiego programu przeciwdziałania alkoholizmowi i narkomanii, rozmawiałem z miejskim pełnomocnikiem na temat tego, jak wygląda problem uzależnień od narkotyków w naszej aglomeracji. Odparł, że problem się oczywiście zmniejsza, bo nie widać go na ulicach, dworzec w Katowicach, kiedyś cieszący się mroczną sławą, obecnie jest przecież ładny i czysty.

Dworzec jest faktycznie jest czystszy niż był, ale czy to znaczy, że problem zniknął?

Spytałem go dokładnie o to samo: czy przypadkiem to nie tak, że problemu nie widać dlatego, że używanie przeniosło się z ulic i dworcowych toalet do domów. Bo to nie jest tylko kwestia widoczoności, to kwestia również tego, jak skutecznie dotrzeć do ludzi z profilaktyką czy redukcją szkód. Osób, które umawiają się na przykład na chemseks, w wielu statystykach po prostu nie ma, tradycyjne programy prewencyjne do nich nie docierają.

I co na to pełnomocnik?

Odpowiedział pytaniem, czy naprawdę wierzę w to, że takie osoby istnieją. Ja nie wierzę, że istnieją. Ja to wiem – z pracy partyworkera, od znajomych, z grindra. Umówienie się na imprezę chemseksową jest naprawdę proste, równie banalne jest zdobycie narkotyków, można nawet zamówić dostawę taksówką. Ostatnio, kiedy zmieniłem zdjęcie profilowe na takie, na którym jestem bez koszulki, to ilość ofert przywiezienia mi kryształków czy innych substancji gwałtownie wzrosła.

Mówimy o chemseksie, jakby zawsze był problemem.

Nie zawsze jest, ale może być. Do naszego stowarzyszenia zgłaszają się ludzie, którzy mają już jakiś problem z uzależnieniami od substancji czy behawioralnymi. Im trzeba pomóc. Do osób, które problemu nie mają trzeba trafić z profilaktyką i redukcją szkód po to, żeby problemy się nie rozwinęły. Niestety nie ułatwia tego specyfika aglomeracji górnośląskiej.

Dlaczego?

Bo całe życie LGBT dzieje się w Katowicach – to jeden klub i dwa seks kluby, w przylegającym Chorzowie jest jedna sauna.

Trzy miejsca – w czym problem?

Do tych miejsc trzeba dojechać, a żeby dojechać to trzeba mieć pieniądze i czas. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że każde miasto w aglomeracji w zasadzie ma swoje centrum, gdzie też toczy się życie nocne, chociaż bez bogatej oferty dla osób LGBT. Dlatego, podejrzewam, część ludzi decyduje się, by zostać w domu i tam poimprezować. Faktycznie, nie ma ich na ulicach – i dobrze. Ale nie zniknęli. I wracając do twojego pytania o mój udział w chemseks.pl – do takich ludzi nie dotrę jako partyworker. Muszę znaleźć inny sposób i platforma meskiebranie.pl nim jest.



Z Tomaszem Kołodziejczykiem rozmawia Jan Smoleński.




0 wyświetlenia

© 2019 Fundacja Edukacji Społecznej - meskiebranie.pl